Tak mnie dziś coś wzięło i
postanowiłam dodać prolog do nowego opowiadania, które będzie dodawane jednocześnie
z „Pod osłoną nocy”, które ze względu na to, iż początek jest dość monotonny,
żeby nie powiedzieć nudny – sprawia, że wena mi umyka przez palce. W każdym
bądź razie dziś króciutko, aczkolwiek mam nadzieje, że choć trochę was zaciekawi
ten wstęp do nowej historii. Pozdrawiam i życzę miłego czytania…
Lena
Beta: Tayla (Uwielbiam Cię, dziewczyno!) :*
******************************************************************************************************************
Kościół udekorowano z prostotą i
elegancją. Białe lilie, wybrane na tę uroczystość, symbolizować miały czystość
i niewinność panny młodej. Pomieszczenie tonęło w kwiatach. Były praktycznie
wszędzie - począwszy od drzwi wejściowych, poprzez wszystkie ławy, skończywszy
na samym ołtarzu. Gdyby nie ściany świątyni, które mieniły się paletą barw, nie
osiągnięto by tak zadowalającego efektu. Jednak, w tym przypadku, całość zapierała
dech w piersiach. Gołym okiem widać było, że wydano fortunę na stworzenie
takiej, a nie innej, scenerii. Rezultat, niewątpliwie przerósł najśmielsze
oczekiwania samego projektanta, tworzącego scenografię, dla tego nadzwyczajnego
wydarzenia.
Wszystko zostało dopięte na
ostatni guzik, teraz miała odbyć się ceremonia zaślubin. I, chociaż narzeczonej
jeszcze nie było, inni goście zdążyli już wejść w swoje role.
Dumni ojcowie pary młodej, siedząc w pierwszym
rzędzie, otwarcie wspierali poruszone do głębi, tak ważnym dla ich dzieci
dniem, współmałżonki.
Ubrany we frak pan młody, wyglądał, jakby właśnie
zjadł coś kwaśnego. Przy odrobinie wysiłku, można było wziąć jego minę za wyraz
zdenerwowania, aczkolwiek nikt chyba nie miał aż tak wybujałej wyobraźni. Obok,
poklepujący go po plecach drużba, odziany w czarny garnitur, ozdobiony
pojedynczą lilią, wpiętą w butonierkę.
Przejęte swoją funkcją druhny, zachwycały
fiołkowymi kreacjami. Sięgające do pół uda sukienki z tafty, spływały miękko,
podkreślając zgrabne figury ich właścicielek. Kobiety piękne, mężczyźni
przystojni. Obraz idealny z pewnością został w tym przypadku osiągnięty.
Gdy zabrzmiały pierwsze takty marsza
weselnego Wagnera, wszyscy zwrócili swoje spojrzenia na idącą główną nawą pannę
młodą. Suknia ślubna zaprojektowana przez samego Tadashiego Shoji, wzbudziła
zachwyt oraz podziw. Stworzona z delikatnej koronki, opinała niczym druga skóra
perfekcyjną figurę dziewczyny. Różowe włosy, uczesane zostały w niezwykle
kunsztowny kok, do którego przypięto prześwitujący welon z białego tiulu.
Delikatny makijaż, podkreślał jej niezwykłą urodę.
Wydawało się, że każdy uczestnik
tego zdarzenia był pod wpływem uroku tej przepięknej istoty, lecz tak nie było.
Jeden z mężczyzn, na oko dwudziestoletni, spoglądał na nią z jawną niechęcią.
Gdy różowowłosa stanęła obok swojego przyszłego męża, przeniósł on swoje smutne
spojrzenie na jej ukochanego. Kamienne oblicze mężczyzny nie wyrażało jednak,
żadnych emocji. Wprost emanował chłodem i obojętnością, co było dość nietypowe,
dla człowieka w jego sytuacji. Każdy inny na jego miejscu, byłby zachwycony
mogąc mieć u swojego boku tak piękną partnerkę. Ale nie on. O dziwo, narzeczona,
zdawała się niczego nie zauważać, promieniejąc szczęściem i miłością. Patrząc
na nich, nie można było pozbyć się wrażenia, że tylko jedno z nich cieszy się z
zawarcia tego związku.
Podczas trwania ceremonii, z chwili na chwilę, coraz
więcej obecnych w pomieszczeniu pań, wyciągało chusteczki, aby otrzeć spływające
im po policzkach łzy. Kobiety szybko się wzruszały, co było wiadome nie od
dziś. Oczywiste było bowiem, że mariaż ten, został zaaranżowany przez rodziny
państwa młodych, które w ten sposób zaplanowały połączenie dwóch wpływowych
klanów. Cała ta „szopka” aż tryskała obłudą.
Minęło trochę czasu, zanim
prowadzący sakrament ksiądz, rozpoczął końcowe formułki, aby zakończyć mszę. Wtedy
to, siedzący w trzecim rządzie chłopak, wstał i starając się nie wprowadzać
zamieszania, ruszył w kierunku wyjścia z świątyni. Krok po kroku, ze spuszczoną
głową i zaciśniętymi w pięści dłońmi, posuwał się do przodu. Niemal każdy, kto
zwrócił na niego uwagę, odniósł wrażenie, iż wygląda, jakby znalazł się na
skraju załamania. Nie trudno było się domyślić, że darzy stojącą przy ołtarzu
pannę młodą uczuciem. Bo, kto normalny pomyślałby, że może chodzić o jej
oblubieńca?
Gdy z ust kapłana padły słowa: „Niech przemówi
teraz albo zamilknie na wieki“, będący już przy drzwiach blondyn, drgnął. Po
raz ostatni zwrócił się w stronę ołtarza, aby napotkać wpatrzone w siebie
onyksowe tęczówki, stojącego tuż przy przyszłej żonie, mężczyzny. Żaden z nich
nie odwrócił wzroku, mimo tego, że dzieliła ich zbyt wielka odległość, aby
mogli cokolwiek wyczytać ze swoich spojrzeń. Ta krótka chwila, wydawała się
wiecznością. Ostatnie zerknięcie, będące niemym pożegnaniem kochanków. Pojedyncze
łzy, spływające zza zaciśniętych na ułamek sekundy powiek, błękitnookiego. Świadomość
niespełnionej miłości, której nie zniszczy upływ czasu, czy rozłąka. A potem
odwrócenie głowy, aby odejść i już nigdy więcej nie zobaczyć kochanka.
– Cięcie! – donośny krzyk odbił się echem od ścian
kamiennej budowli.